Nienawiść

YOfYx7zhTvYBGYs6g83s_IMG_8643

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich równocześnie.
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia –
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna –
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia –
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ila dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piętno.
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.

W. Szymborska  „Nienawiść”

Za chwilę dalszy ciąg programu

2015-08-01 15.50.11

Przyszła pora, żeby zatroszczyć się bardziej o wizualną stronę Momentum. Do niedawna nie zaprzątałam sobie tym głowy; wystarczał mi prosty i w miarę przejrzysty szablon nieodwracający uwagi od treści na blogu. To znaczy tak było aż do momentu, w którym znalazłam TEN szablon, szablon-szał, szablon-ideał. To natchnęło mnie do dalszych zmian: rozglądniecia się za domeną, która będzie bardziej spójna z zawartością bloga, podpięciem Disqusa, jako narzędzia komentowania, przytulenia Bloglovin, by łatwiej było śledzić nowe wpisy itede itepe… W czasie tych zmian na blogu z racji siły wyższej technicznej nie będą się pojawiały nowe treści – mam nadzieję, że do końca sierpnia uda się wszystko zapiąć na ostatni guzik i z dużym bum i tadaaam wrócę z nowymi wpisami we wrześniu.

W grafice głównej znajdziecie nową sierpniową stronę kalendarza od Kerrie Hess, którą możecie się posłużyć przy odliczaniu dni do nowej odsłony bloga😉

Póki co do dyspozycji zostaje blogowe archiwum z 60-cioma opublikowanymi do tej pory tekstami.

A dla totalnej wygody na podstawie statystyk odwiedzin wytypowałam TOP 10, czyli najlepsze z najlepszych:

 

Dlaczego nie oglądam wiadomości, czyli rąbanka do śniadanka

Jak udało mi się uniknąć pułapki minimalizmu – część I

Jak udało mi się uniknąć pułapki minimalizmu – część II

Chujowa Pani Domu w Wysokich Obcasach

Jestem uzależniona

Dlaczego facet nie dzwoni

Pan od wuefu

Wiejska mądrość

Tolerancyjny praktykujący

Historia dwóch Negocjatorów‏

Siedem grzechów głównych – wersja wyścigowa

delmar

Ubiegłą sobotę spędziłam na rdzennie angielskiej rozrywce, czyli na wyścigach konnych. O samych wyścigach napiszę oddzielnie i bardziej obszernie, a póki co muszę ochłonąć z szoku wywołanego widokiem wyścigowej publiczności. Patrząc na spragnionych hazardu i alkoholu Brytyjczyków, a zwłaszcza na żeński pierwiastek wyścigowej społeczności, zaczynam powoli rozumieć co oznacza swojskie wyrażenie „szał ciał i uprzęży”…

Wystarczy poobserwować tłum przez kilka godzin by zrozumieć, że wyścigi konne są sceną, na której trwa przedstawienie zatytułowane Siedem grzechów głównych. Macie popcorn? No to oglądamy! Czytaj dalej

Foremny zameczek

Castelo-de-Leeds

Nie od dziś wiadomo, że człowiek siedząc w domu dziadzieje. Wkładajcie zatem buty, bo ruszamy sprawdzić czy w takim jednym zamku straszy. Taki jeden zamek to Leeds, który jako żywo nie ma nic wspólnego z miastem Leeds (no może poza mylącą nazwą), bo leży w sąsiednim hrabstwie Kent koło małej wsi o tej właśnie nazwie. Leeds jest po prostu bajkowo położony – przepływająca tamtędy rzeka Len zakręca tworząc jezioro. Leeds, któremu niedługo stuknie tysiąc lat, położony jest na wyspach na tym właśnie jeziorze. Z lotu ptaka przeglądający się w tafli wody zamek wygląda po prostu niesamowicie! Przy okazji przypomniało mi się jak bardzo lubię historię.

W burzliwych czasach gdy Wilhelm Zdobywca prał tyłki angielskim baronom człowiek nazwiskiem de Crevecoeur optymistycznie zabrał się za budowę zamku. Zamek na przestrzeni prawie tysiąca lat pełnił wiele funkcji, od początku swojego istnienia aż do czasów współczesnych zawsze był zamieszkiwany, modernizowany i ulepszany. Wtedy, na początku XII wieku, zgodnie z duchem czasów i bieżącymi okolicznościami był normańską twierdzą. Pozostał w rodzinie de Crevecoeur przez jakieś 150 lat i stał się kłopotliwy o tyle, że powoli wykańczał finansowo swoich właścicieli. Wtedy właśnie zainteresowali się nim Edward i Eleonora, czyli dwoje dzieci pożenionych ze sobą na siłę przez rodziców. Eleonora pochodziła z Hiszpanii i po angielsku nie umiała powiedzieć ani be, ani me. Edward również nie był poliglotą i prawdopodobnie nie umiał nawet wydukać do narzeczonej hola chica. Nie widzieli się nigdy wcześniej na oczy i naprawdę trudno się dziwić, że zważywszy na przymus i okoliczności nie znaleźli powodów żeby się polubić.  Wbrew kiepsko rokującym początkom koniec końcow obydwoje beznadziejnie się w sobie zakochali się i żyli szczęśliwie razem z sześnaściorgiem dzieci w zamku, od którego po łagodnej perswazji uwolnili poprzednich wlaścicieli. Hiszpańska dziewczynka to Eleonora Kastylijska, a angielski chłopiec to Edward I, król Anglii – pierwsze koronowane głowy, które zamieszkały w Leeds, uwielbiały to miejsce i stale czyniły weń inwestycje. Czytaj dalej

Magic Mike XXL

2015-07-15 13.48.29

Kilka dni temu obejrzałam drugą część filmu i chociaż świetnie się bawiłam, a ze śmiechu o mało nie zgubiłam skarpet to prawdopodobnie nie wpadłoby mi do głowy pisanie recenzji, gdyby nie komentarze podsłuchane po seansie. Jeżeli producentom filmu nie udało się Was zniechęcić koszmarnym zwiastunem oraz nie przestraszyliście się straszliwego gniotu, jakim była część pierwsza i mimo wszystko wybieracie się do kina to czytajcie spokojni – nie będzie żadnych spoilerów.

Zwiastun drugiej części robi jej potężną krzywdę i zamiast promować zwyczajnie odstręcza. W najlepszym wypadku wydaje się balansować na granicy dobrego smaku; w najgorszym przekracza tą cienką granicę i ociera się o wulgarność. Ale nie dajcie się zwieść. Nowy film kompletnie różni się od konwencji, w której utrzymana była część pierwsza. Tym razem jest to rozrywka w najczystszej postaci. Kompletnym zaskoczeniem jest też obecność w filmie genialnych Elizabeth Banks i Jady Pinkett Smith.

O ile część pierwsza (która bodajże była produkcją niezależną) miała ambicję być “o czymś” i poruszać jakieś ważkie osobiste problemy bohaterów, o tyle nowy film został pomyślany jako komedia i moim zdaniem wszystkim wyszło to na dobre. Napewno nie razi już tak bardzo poprzedni dysonans z cyklu: osobiste rozterki (sacrum) męskich striptizerów (profanum). Przesłanie filmu jest proste i jakże prawdziwe: świat pełen jest kobiet tkwiących w związkach, w których partnerzy nie troszczą się o ich potrzeby; kobiet porzuconych, o złamanych sercach, o niskiej samoocenie. Ale spokojnie – istnieją też mężczyźni: przystojni, zbudowani jak antyczne greckie posagi i posiadający pewien konkretny zestaw umiejętności. Umiejetności, które wykorzystują aby na twarze wspomnianych wyżej kobiet przywołać uśmiech i sprawić, by zostawiły cały swój zły bagaż za drzwiami i chociaż przez moment poczuły, że ktoś uważa je za godne uwagi i adoracji. Nawet, a może zwłaszcza, jeśli jest to piękny jak laleczka męski striptizer.

Czytaj dalej

Historia dwóch Negocjatorów‏

acfotografia.pl  (33)

Kilka lat temu poznałam chłopaka. Nie strzelił we mnie piorun, nie było też żadnych innych wyładowań atmosferycznych chociaż ten był wysoki, przystojny i inteligentny, a na pożegnanie powiedział: „do zobaczenia” i ucałował w dłoń. Żaden tam współczesny cmok w policzek, ale ponadczasowy gest, który powoli zanika, a jemu przyszedł tak naturalnie jakby dopiero co przeniósł się w czasie z innej epoki.

Zaczęliśmy randkować i okazało się, że ja – umysł humanistyczny, który nie pamięta nawet wzorów skróconego mnożenia i ma lęk wysokości,  spotykam się z facetem po Politechnice, który uczy się latać na paralotni! Im lepiej się poznawaliśmy tym więcej różnic wychodziło na jaw. Ja na studiach miałam stypendium naukowe, on był zdolnym leniem. Ja uwielbiam podróżować, on był zdeklarowanym i zatwardziałym domatorem. Ja gdy czytam zapominam, że istnieje świat poza tym z książki. Jego od dziecka zmuszano do czytania i już w czasach lektury przygód krasnala Hałabały kreatywnie przesuwał zakładkę o kilka nie tkniętych nawet wzrokiem stron do przodu licząc, że szybciej uda mu się zdezerterować na rower. Ja jestem choleryczką – nad nim trzeba popracować zanim skoczy mu ciśnienie.  Ja żyłam dniem dzisiejszym i wydawałam większość pieniędzy na przyjemności – on myślał o przyszłości i, co dla mnie niepojęte, nawet oszczędzał! Ja byłam bardziej dyplomatyczna, on walił prosto z mostu. Ta lista ciągnęła się bez końca i wydawać by się mogło, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Że nasze dwie linie zawsze będą biegły równolegle i nigdy się nie przetną.

Wspominałam już, że na dodatek był amejzing i totalnie fabjulus?

Bo taki właśnie był. Czytaj dalej